Używamy plików cookies do zbierania informacji dotyczących korzystania z serwisu Muzeum Warszawy i jego oddziałów. W każdej chwili możesz zablokować obsługę plików cookies w swojej przeglądarce. Pamiętaj, że zmiany ustawień w przeglądarce mogą ograniczyć dostęp do niektórych funkcji stron internetowych naszego serwisu.

pl/en

Przesłanie Wandy Traczyk-Stawskiej

Wanda Traczyk-Stawska i jej walka o Cmentarz Powstańców Warszawy.

Inicjatorką powstania Izby Pamięci przy Cmentarzu Powstańców Warszawy jest Wanda Traczyk-Stawska ps. „Pączek”, „Atma”. Urodzona 7 kwietnia 1927 roku w Warszawie, psycholożka i działaczka społeczna, żołnierka Armii Krajowej, członkini Szarych Szeregów, uczestniczka powstania warszawskiego, jest też przewodniczącą Społecznego Komitetu ds. Cmentarza Powstańców Warszawy. Jak sama mówi: 

Taki dostałam rozkaz: mam znaleźć kolegów, zadbać o to, żeby mieli tam swoje nazwiska, ale też, by miejsce pochówku było godne ich walki i ich śmierci.

Jej powstańcze przeżycia, ale też motywację do wieloletniej walki o przywracanie pamięci ofiar powstania oddają fragmenty wywiadu-rzeki pt. „Błyskawica. Historia Wandy Traczyk-Stawskiej, żołnierza Powstania Warszawskiego” (wyd. W.A.B., Warszawa 2022), której autorem jest Michał Wójcik.

Przeczytaj biografię Wandy Traczyk-Stawskiej na portalu Kolekcje Muzeum Warszawy.

fot. Tomasz Kaczor

Pani Wando, to jak mamy poznać prawdę o powstaniu? Gdzie ona jest?

– Ja pana bardzo przepraszam za to, co powiem. Jestem już stara i mam nadzieję, że mi pan wybaczy. Odpowiem: na cmentarzu. I nie na tych pięknych Powązkach z lasem brzozowych krzyży, tam, gdzie się tak dobrze spaceruje – ale na warszawskiej Woli. Na Cmentarzu Powstańców Warszawy leży 105 tysięcy ludzi, tony ludzkich prochów. Cywile przemieszani z żołnierzami. W całkowitym zapomnieniu. Zapomnieniu! Proszę tam iść, zobaczy pan. Poczuje to.

Wie pan, ile z tych stu tysięcy tam pochowanych miało swoje tabliczki z imieniem i nazwiskiem jeszcze dziesięć lat temu? Trzy tysiące trzysta osób. To ile to było procent? Trzy! A co z resztą? Reszta przez wiele lat pozostała bezimienna. A przecież oni zginęli po coś. Z jakiegoś powodu. Nie umarli ze starości, bo przyszła na nich pora. Nie umarli otoczeni dziećmi i wnukami we własnych łóżkach, we własnych domach. Oni zostali z tych domów wywleczeni i zamordowani. Inni zginęli w gruzach.

Przez te pierwsze kilkadziesiąt lat po wojnie nikt nie zadał sobie trudu, aby ustalić, kim oni są, kto tam leży. Jak się nazywał? Gdzie mieszkał? To ponad dwadzieścia ton ludzkich prochów, bo Niemcy spalili zwłoki zamordowanych i drugie tyle ofiar bez danych osobowych. To jest prawda o powstaniu. Straszna! Niewypowiedziana! Na szczęście dziś znamy już większość tych ofiar. Pamięć została im zwrócona.

Kiedyś powiedziała pani, że ma przed sobą jeszcze jedną misję. I to wyzwanie dotyczy cmentarza.

– To moja ostatnia misja. Cmentarz na Woli i tamtejsza Izba Pamięci Ofiar Powstania Warszawskiego. Ona już powstaje. Musi obudzić ludzkie sumienia. Przywrócić temu miejscu znaczenie. O tę Izbę staram się od lat, bo robię to dla przyszłych pokoleń. Tak, to jest moja misja. Pamięta pan, gdy rozmawialiśmy o „Antygonie”? Czytałam ją podczas okupacji. Wpadłam w kocioł z książką w ręku, wyciągnęli mnie z tramwaju. Dziś sama się czuję jak ta bohaterka greckiej tragedii. To jest właśnie moja misja. Misja starej Antygony. Pochować tych bezimiennych jeszcze raz. Jeszcze raz odbyć po nich żałobę. A potem o nich pamiętać. I przekazać tę pamięć przyszłym pokoleniom.

Antyczny Kreon pogrzebu ofiar wojny nie chciał. Nie chciał pochować brata Antygony. A na Woli cmentarz jest. Istnieje. I nie jest bez znaczenia!

– Ile ja się nasłuchałam, że to nie jest prawdziwa nekropolia powstańców. Że Powązki Wojskowe pełnią taką funkcję i to wystarczy. Po co mnożyć byty? – pytali nawet pracownicy Muzeum Powstania. Przecież na Woli – mówili – nie ma pochowanych żołnierzy, powstańców, którzy walczyli i ginęli z bronią w ręku. Że leżą tam tylko cywile. Tymczasem to nieprawda. Nieprawda na wielu poziomach. Po pierwsze, tam są pochowani chociażby koledzy z mojego oddziału. Oni zginęli w walce. Ale oprócz nich leży tu od ośmiu do dziesięciu tysięcy powstańców! Po drugie, i to też jest bardzo ważne, zdecydowana większość mogił kryje prochy i szczątki cywilów. To około dziewięćdziesiąt tysięcy ludzi. Zamordowanych!

To jest największy cmentarz wojenny w Polsce, który nie funkcjonuje jako miejsce pamięci narodowej! Nie funkcjonuje, bo przyjęło się, że cywile-ofiary nie pasują do kultu walki. A to już jest zbrodnia na pamięci.

Od lat staram się, aby wreszcie przywrócić temu miejscu odpowiednią rangę. Aby pamięć o ofiarach się nie zatarła. Aby ich śmierć nie tylko nie poszła w zapomnienie, ale aby ona nas czegoś uczyła. To jest moja misja, już ostatnia.

Ostatni rozkaz. Tak pani kiedyś przyznała.

– Powtarzam to przy każdej okazji, powiem jeszcze raz. Moja misja zaczęła się zaraz po wojnie. W 1947 roku mój dowódca „Steb” wydał mi i Andrzejowi Koryckiemu rozkaz: odnaleźć wszystkich naszych poległych kolegów i koleżanki z Oddziału Osłonowego. Dać im na wieczne spoczywanie godne miejsce i zadbać o pamięć. Nie wiedziałam wtedy, że to będzie tak trudne.

Zaraz po wojnie ruszyła akcja zacierania pamięci. AK – ten zapluty karzeł reakcji – nie miała prawa do historii. Nie miała prawa nawet do mogił.

– Ja się już zbliżam do kresu… Ale właśnie ta walka, którą toczę już od siedemdziesięciu pięciu lat o to miejsce, to chyba mój najcięższy bój. Opowiem jak było, po kolei. Bo o tym trzeba mówić wciąż i wciąż. Wyryć tę historię w kamieniu. Wtedy może ludzie zrozumieją, co się tam na Woli wydarzyło. Po wojnie. Już po wojnie! Po kapitulacji powstania poszliśmy do niewoli, a warszawiacy zostali wygnani. Po wyzwoleniu miasta już nie było, była pustynia przysypana śniegiem. Spod śniegu sterczały tylko krzyże, gdzieniegdzie. W wielu miejscach piętrzyły się stosy niepogrzebanych trupów. Z ludzkich prochów były usypane kopce. Gdy śnieg i lód stopniał, to już była wiosna 1945 roku, miastu zaczęła grozić epidemia. I wtedy pojawił się straszny pomysł, aby zebrać te ludzkie szczątki i spalić jeszcze raz. Dokładnie tak, jak to robili wcześniej Niemcy. To było niemoralne. Na szczęście Jadwiga Boryta-Nowakowska z Polskiego Czerwonego Krzyża zaproponowała, aby zebrać ile się da prochów i zwłok, i pochować je w prowizorycznych grobach, w wydzielonych fragmentach miasta. Ówczesne cmentarze nie były w stanie pomieścić takiej ilości trupów. Zaczęło działać Biuro Informacji PCK, potem – po latach – Archiwum Poszukiwań PCK. Chodziło o zbieranie informacji o zidentyfikowanych zwłokach. To była benedyktyńska praca, do końca lat pięćdziesiątych udało się ustalić losy kilku tysięcy mieszkańców. Ogółem – i to wiadomo dopiero dziś! – na cmentarz Wolski trafiło szacunkowo 104 105 osób. Dziś znamy siedemdziesiąt tysięcy nazwisk! Wiemy również, że od ośmiu do dziesięciu tysięcy tu pochowanych to powstańcy, reszta cywile. Na pewno leżeli tu również żołnierze niemieccy. I jeszcze żołnierze radzieccy. Także berlingowcy polegli na Czerniakowie.

Dlaczego tak wielu pochowanych to N.N.?

– Nie przy wszystkich były butelki z nazwiskami. Jeśli były, papier często był już mokry, litery nieczytelne. Przy przenoszeniu zwłok odpadały identyfikatory. Żołnierze „Zośki”, „Miotły”, „Parasola” sami poszukiwali swoich zabitych. Mimo kłopotów, niechęci władz, strachu, bo już się zaczął komunistyczny terror, udało im się pochować wielu akowców na cmentarzu Wojskowym na Powązkach. To miejsce zostało ustalone z księdzem Żemralskim od Świętego Józefa. Już w połowie lutego 1945 roku koledzy z „Zośki” pochowali tam Andrzeja Romockiego „Morro”. Jest mogiła „Rudego”, „Zośki”, „Alka”. Ogółem na Powązkach Wojskowych powstało jedenaście kwater powstańczych. Tymczasem cmentarz na Woli zaczął działać dopiero w listopadzie 1945 roku. Najbardziej wstrząsający pogrzeb odbył się tam rok później, 6 sierpnia, w rocznicę rzezi Woli. To było sto siedemnaście trumien, same prochy tysięcy zamordowanych i spalonych ofiar: na Woli, w okolicach Pawiaka, w siedzibie Gestapo na Szucha i w ruinach przedwojennego Głównego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Alejach Ujazdowskich. A potem jeszcze przez wiele miesięcy zwożono tu ludzkie szczątki z innych miejsc. W kurhanie spoczywa dziś ponad dwadzieścia ton ludzkich prochów.

Gdy nastał stalinizm, zaczął się proces zacierania pamięci o powstaniu. Władzy chodziło o to, by historia o nas, o AK, o państwie podziemnym zeszła w cień. Walka z pamięcią odbywała się również na cmentarzach. W 1947 roku ruszył drugi etap ekshumacji. Zostały otwarte zbiorowe mogiły w różnych dzielnicach. I wtedy ZBOWiD decydował, już bez oglądania się na nic, które zwłoki należą do cywila, które do powstańca. Które są anonimowe, a które zostaną pochowane w mogile z nazwiskiem. To było skandaliczne! Tak zbezczeszczono wiele tysięcy ofiar. Specjalnie gubiono dane, niszczono ślady, zacierano pamięć. Część dokumentacji została spalona. Celowo! Ja nawet dziś, gdy o tym mówię, to się trzęsę. Do największego skandalu doszło podczas ekshumacji w Ogrodzie Krasińskich. Tam leżeli głównie akowcy i trochę żołnierzy AL walczących na Starym Mieście. Wszystkich pochowano jako komunistów w kwaterach AL.

Wyobraża pan sobie, co to musiało znaczyć dla rodzin tych poległych?

W końcu władze Powązek Wojskowych odmówiły dalszych pochówków, od kwietnia 1947 roku wszystkie ofiary chowane były już na Woli. Tylko w bezimiennych mogiłach. Rodziny, które odnalazły swoich bliskich, nachodziło UB. Kto protestował, był zastraszany. Poległych żołnierzy AK nie wpisywano do księgi cmentarnej. Zaliczano ich już hurtem do „N.N.”.

Gdy przyjechałam do Polski, wpadłam w rozpacz. Nasi polegli chłopcy i dziewczyny z Osłonowego zniknęli. Zostali ekshumowani i przeniesieni na Wolę. Pochowano ich albo w bezimiennych grobach, albo w kwaterach AL. Pamiętam poszukiwania „Jastrzębca”. Chłopcy mu dokuczali i nazywali go „Ordynatem”.

Andrzej Taczanowski, wspominała go pani.

– Wspaniały chłopak. Skromny, miły, no właśnie taki książę w swojej rodzinie. Stąd to przezwisko „Ordynat”. Został ciężko ranny na Wareckiej, zmarł w szpitalu na Koszykowej. Chłopcy pochowali go na Chopina. Po wojnie jego ojciec chciał ekshumować ciało i pochować w rodzinnym grobie. Gdy się tam pojawił, okazało się, że zwłoki przeniesiono już do ogrodu Instytutu Głuchoniemych i Ociemniałych. Tam były wykopane prowizoryczne groby. Zanim zorganizował odpowiednie zgody, zwłoki „Ordynata” przeniesiono na Wolę i pochowano w bezimiennej mogile. Ojciec nie mógł nic zrobić, taka była polityka władz. Dopiero po latach udało się ustalić jego kwaterę. Już wiadomo, gdzie jest pochowany.

Tak, to „Steb” wydał nam ten rozkaz. Na początku zbieraliśmy informacje po kryjomu i nielegalnie. W latach osiemdziesiątych wciągnęłam do tego harcerzy ze 145. drużyny w Międzylesiu. Po śmierci „Sokoła” Koryckiego pomagała mi Krysia Zbyszewska „Zbyszek”, znałam ją z Oberlangen. Jej siostra była pochowana na Woli. W latach dziewięćdziesiątych powstał komitet do spraw cmentarza, nieformalny. Oficjalny zaczął działać od 2004 roku. Krysia zmarła w 2012 roku. Zostałam sama. Coraz słabsza. Do tego czasu ustaliliśmy miejsce pochówku czternastu naszych kolegów. Ale starania, aby uwiecznić ich na tablicy, nic nie dawały. Urzędnicy nie chcieli się zgodzić. Nie chcę opowiadać o niszczeniu pomników na cmentarzu, o wyrywaniu krzyży, atakach nieznanych sprawców. Ktoś to kiedyś opisze.

Wtedy pomyślałam, że nie dam już rady. Nie wykonam rozkazu dowódcy. To będzie moja porażka. No i doznałam olśnienia. Bo przecież w regulaminie wojskowym jest zapis, że jeśli żołnierz nie jest w stanie wykonać rozkazu, musi o tym zameldować przełożonemu. A tym przełożonym wówczas był zwierzchnik sił zbrojnych, czyli prezydent. Napisałam list do Bronisława Komorowskiego. Odpowiedzi nie dostałam. Ale ktoś naszą prośbę przekazał mu osobiście. Wtedy zostałam zaproszona do Belwederu i tam powiedziałam, że po latach bezowocnych wysiłków muszę się poddać, o czym niniejszym melduję. To zadziałało. Prezydent naszą akcję objął patronatem. Dołączyli do nas kolejni wspaniali ludzie, Wiesław Sikorski z kancelarii, pisarz Andrzej Osęka, Barbara Siedlicka z Uniwersytetu Warszawskiego. I udało się, wypełniłam rozkaz „Steba”. W kwaterze 81 jest już stosowna tablica, ślad po dwóch naszych dziewczynach, dziesięciu chłopcach i dwójce harcerzy. Trójka z nich ma pseudonimy, nie znaliśmy ich nazwisk. Ale niemożliwe stało się jednak możliwe! Przywróciliśmy im pamięć.

Jeszcze coś się udało. Też mam z tego powodu wielką satysfakcję.

Na Cmentarzu Powstańców Warszawy leżą przede wszystkim cywile.

Ich prochy zmieszane są z prochami powstańców. Cmentarz – dzięki naszym staraniom – stał się cmentarzem dla wszystkich ofiar powstania. I to jest dziś oficjalnie uznane.

Zawsze pani podkreśla, że ten cmentarz to pewien fenomen: wojenna nekropolia cywilów.

– Bo zginęli z powodu powstania, z żadnego innego. Ginęli w czasie walk, a potem, gdy wycofywaliśmy się z kolejnych rejonów miasta, zostawialiśmy ich bezbronnych. Niemcy wzięli na nich odwet. Zemścili się za te sześćdziesiąt trzy dni oporu w sposób okrutny. Mam to wszystko w głowie i sercu, i tego zapomnieć nie mogę. Nie potrafię. To trzeba ciągle powtarzać: gdyby nie ludność cywilna, powstanie upadłoby drugiego, trzeciego dnia. Teraz więc odbieranie cywilnym ofiarom honoru uczestników tych walk jest nie w porządku (…) 

W ciągu tych wielu lat walki o pamięć, stoczyła pani jeszcze jeden bój. To była walka o pewnego młodego powstańca. Miał pseudonim „Waluś”.

– Tadeusz. Mój Tadzio.

Brat. Zginął 16 września 1944 roku.

– Trzydzieści dziewięć lat starań! Tyle mi zajęło, aby go odnaleźć, aby jego nazwisko i pseudonim, data śmierci i przydział znalazły się na tablicy w odpowiedniej kwaterze. Żeby napisać, że leży tu i tu! To jest straszne, że mój tata tego nie doczekał. Ale prosił mnie, bym dokończyła tę misję. Bo to on zaczął poszukiwania.

Na początku wiedzieliśmy od Czerwonego Krzyża, że Tadzio został rozstrzelany jako cywil. Tata dostał nawet jego zakrwawioną legitymację. Cud prawdziwy! Ale przecież ja wiedziałam, że był żołnierzem, był zaprzysiężony. Walczył w Zgrupowaniu „Kryska” na Powiślu. Znałam jego kolegów, ustaliłam w końcu, gdzie poległ. Napisałam do Rady Narodowej, ale urzędnicy odesłali mnie z powrotem do Czerwonego Krzyża. To trwało latami, przepychanki. Listy, odpowiedzi, odmowy. W 1986 roku zadzwoniłam do burmistrza i powiedziałam, że mam oficjalną informację, że brat został pochowany na cmentarzu Wolskim. To był podstęp, bo nie miałam na to dowodu. Ale burmistrz mi to potwierdził. Napisał, że leży w kwaterze 34, w rzędzie I.

Napisałam prośbę do wiceministra gospodarki przestrzennej i budownictwa, żeby nazwisko brata umieszczono na tablicy, żeby już nie leżał w mogile bezimiennej. I kolejny cud – zgodził się. A przecież ile było odmów, ile naszych łez Wiceminister odpisał, że Tadzio poległ 16 września 1944 roku na ulicy Okrąg 2. Potem jeszcze próbowałam ustalić jak. Nie udało się. Przypuszczalnie zginął przywalony ścianą kamienicy, tam był szpital. Być może leżał w tym szpitalu, ranny drugi raz.

Gdy dostałam tę informację, mogłam już oficjalnie wystąpić o stosowny napis. I on się w końcu pojawił, tyle że w alei obok. To był kolejny błąd, ale już go nie poprawiałam. Nie miałam siły, aby przechodzić przez te koszmarne procedury jeszcze raz.

Mam jednak satysfakcję. Obok znajduje się mogiła najsłynniejszej łączniczki powstania Marii Comer-Cetys ps. „Szympans”. Gdy dostała się do niewoli, na pytanie niemieckiego oficera: „Bist du Banditin?” odpowiedziała z godnością: „Jestem żołnierzem Armii Krajowej”. I za to ją zastrzelił. Teraz Tadeusz leży obok niej. Ważne, że ma swój grób. Mam gdzie zapalić świeczkę. I moje wnuki też.

Antygona spełniona.

– Teraz po prostu mniej boli.